czwartek, 11 grudnia 2014

Abracadabra, bo nauka to magia (przynajmnej w swoich początkach)

(Autorka w czasie pracy naukowej)
Prorocze sny, obłąkanie, wizje na jawie, lewitowanie nad ziemią, czary, obrzędy i polowanie na czarownice – czy to wszystko seria powieści bazujących na wyobraźni, konserwatywności pewnych czasów w historii czy też początek nauki, która teraz z ezoterycznymi pojęciami ma niewiele wspólnego.

Znana doskonale z filmu „Labirynt Fauna” i licznych dzieł literackich oraz filmowych – mandragora (Mandragora officinarum) zasłynęła w przeszłości jako tzw. magiczny korzeń szaleństwa, często w podaniach występujący pod nazwą Alrauna. Wspominano o niej w „Imieniu róży” Umberto Eco, „Odysei” Homera, „Czekając na Godota” Samuela Becketta, „Harrym Potterze” J.K. Rowling i wielu innych. Pokrojem korzeń mandragory przedstawia zarys ciała człowieka, dlatego niegdyś przypisywana była mu ogromna moc na ludzki organizm. Podobnie jak Ofelia ze wspomnianego filmu kładła korzeń mandragory pod łóżko ciężarnej matki, aby ochronić ją przed złymi mocami i przynieść jej szczęśliwe rozwiązanie – wszyscy, szczególnie mieszkańcy Basenu Śródziemnomorskiego, wierzyli w protekcyjną siłę tego korzenia, przynoszoną każdemu, kto ma go przy sobie. Emanację nadludzkiej siły w ludzkiej postaci traktowano bardzo poważnie, wykopywanie mandragory utożsamiano z bolesnym porodem Ziemi, uwieńczanym tzw. wrzaskiem śmierci (w innych źródłach zabójczym krzykiem) na wzór pierwszego krzyku dziecka, z nutą demoniczności. Krzyk ten podobno był mrocznym wołaniem wisielca – uważano, że mandragora wyrasta jedynie pod szubienicami, z nasienia powieszonego skazańca, którego dusza została uwięziona w korzeniu. Dlatego uznawano, że mandragora może przyjmować zarówno płeć żeńską jak i męską – w zależności od płci ofiary, która w niej przebywa.

Koneksje mandragory ze śmiercią sięgają już czasów starożytnych. Wierzono, że rosła w posępnym ogrodzie Hekate, greckiej bogini czarów, magii, ciemności i widm. W celu uniknięcia zabójczego wrzasku rośliny, wystrzegano się bezpośredniego wykopywania jej z ziemi wyręczając się psami. Psy przywiązywano do nadziemnej części rośliny i następnie była ona siłą psiego ciała wyrywana z korzeniem. Poza korzeniem mandragora posiada owoce, którym przypisywane jest działanie na bezpłodność i moc wzbogacenia miłości fizycznej. Wiara w amuletyczną moc mandragory kojarzy się także z wiarą w moc gałki muszkatołowej – w wielu ludach - także cenionego afrodyzjaka. Nasiona muszkatołowca noszono zawsze przy sobie – szczególnie w Anglii. Chroniła przed chorobą, wypadkami, przynosiła powodzenie u płci przeciwnej i sukcesy – stanowiła holistyczny talizman chroniący od wszelkich niedogodności losu.

Abstrahując od samej idei amuletu mandragora była składnikiem słynnej „maści czarownic”, nazywanej często „maścią na latanie”, podobnie jak inni przedstawiciele rodziny psiankowatych, mak lekarski (Papaver somniferum), tojad sudecki (Aconitum napellus), lulek czarny (Hyoscyamus niger), pokrzyk wilcza jagoda (Atropa belladonna) czy bieluń dziędzierzawa (Datura stramonium). Maść czarownic wywoływała halucynacje – stąd iluminacja latania na miotle. W rzeczywistości trzonki miotły posmarowane maścią i kontakt z zespołem bogatych w alkaloidy roślin wywoływał wizualizacje i umysłową mistyfikację unoszenia się nad ziemią. I chociaż wielu skutków ubocznych ówczesne czarownice nie znały – bo na tę drogę zaprowadził dopiero potężny rozwój farmacji, medycyny czy biologii molekularnej, to były one kimś w rodzaju zaprzeszłych botaniczek. Bez wątpienia znały działanie wielu roślin i odurzające mikstury przygotowywały z całkowitą premedytacją.

Wszystkie psiankowate oddziałują na przywspółczulny układ nerwowy za sprawą alkaloidów, głównie atropiny i skopolaminy, które w wymiarze chemicznym przypominają acetylocholinę i podobnie jak ona integrują się do receptorów muskarynowych wykazując działanie antagonistyczne do acetylocholiny, w konsekwencji blokując przewodnictwo nerwowe. Nie bez powodu w czasach średniowiecznych atropina była najpopularniejszą trucizną zaraz obok arszeniku. W zależności od zaaplikowanych dawek konsekwencja spożycia skopalaminy czy atropiny może być różna. W niewielkich ilościach skopalamina wywołuje początkowo euforię (wykorzystywaną niegdyś przez wywiad w podawaniu skopalaminy jako „serum prawdy”) szybko przechodzącą w zmęczenie a następnie w ospałość; atropina z kolei lekko pobudza i ekscytuje. Podwyższenie dawek wywołuje już silniejsze pobudzenie, niepokój i wspomniane halucynacje.

Istnieją także dawki śmiertelne prowadzące do zawału serca, niewydolności oddechowej czy śpiączki – w czasach czarownic śmierć na sabacie nie była winą nadmiernego spożycia psiankowatych w ich świadomości a ostatecznym spotkaniem z diabłem, który postanowił uprowadzić jedną z nich na swoją stronę. Obecnie alkaloidy te odnalazły swoje ogromne medyczne zastosowanie, gdy niezbędne jest zahamowanie efektów działania parasympatycznego układu nerwowego, np. w przypadku choroby Parkinsona, wrzodów żołądka, wrzodów dwunastnicy, przy badaniu siatkówki oka czy też rozkurczowych inhalacjach na choroby pulmonologiczne. Atropina jest najsłynniejszym antidotum na toksyczny efekt działania alkaloidów muskarynowych obecnych m.in. w muchomorach.

Pokrzyk wilcza jagoda (Atropa belladonna) nazywana była rośliną doprowadzającą do szału (ew. „szatańskie ziele”) lub trzecią płcią mandragory. Nazwa botaniczna belladonny pochodzi od imienia jednej z trzech greckich bogiń losu – Atropos, czyli Nieodwracalnej – najstarszej z sióstr Mojr, odpowiedzialnej za przecinanie nici życia człowieka za sprawą swojego atrybutu – nożyc śmierci. Z kolei potoczna nazwa „wilcza jagoda” ma swoje asocjacje z używaniem tej rośliny jako trucizny wytępiającej wilki. Podobnie jak każdy przedstawiciel psiankowatych w homeopatycznych dawkach przynosi efekty lecznicze i kosmetyczne, jednak już spożycie kilkunastu owoców kończy się zgonem. Obok wspomnianych alkaloidów zawiera trzeci – dwukrotnie mocniejszy w działaniu od atropiny – hioscyjaminę. Legendy głosiły, że szatan pozostawia belladonnę w Noc Walpurgii, czyli czas Sabatu Czarownic, której patronką była bogini śmierci Hel. Psychodeliczne efekty osiąga się belladonną już za sprawą palenia suszonych jej liści – na podobieństwo papierosów, stąd jedna z innych potocznych nazw – leśna tabaka. Zainspirowani tym rytuałem Indonezyjczycy – próbowali sił w „magicznych papierosach” za sprawą goździków. Tym razem jednak efekt nie był psychoaktywny a stricte prozdrowotny. Wiele lat goździki uchodziły bowiem za cudowne lekarstwo na choroby płuc czy astmę, choć początkowo miały sprzyjać wizjonerstwu…

Sam trans po belladonnie trwał prawdopodobnie kilka intensywnych godzin a konsekwencje percepcyjne nawet do kilku dni. Podobnie jak obrzędy z mandragorą kojarzą się z praktykami voodoo, tak wilcza jagoda służyła rytuałom na wzór spirytystycznych procedur transkomunikacyjnych stanowiąc łącznik czarownika z zaświatami. Biorąc pod uwagę kulty związane z tą rodziną roślin i konsekwencje do jakich doprowadzały na przestrzeni wieków wydaje się bardzo stosownym nazwanie psiankowatych w wielu podaniach „dziećmi cienia”. Baśni, legend i historii przeplatających magiczne działanie wielu roślin na zmianę z ich skutecznością leczniczą jest wiele. Księgi czarownic wspominają o stosowaniu naparów z Solsequium, występującym także w wielu zaklęciach – pachnie grozą - choć w rzeczywistości chodzi o popularny nagietek (Calendula officinalis), tak samo długo nieodgadnionymi magicznymi komponentami były Lunarium, Verbenam czy Capillos Veneris. Po zdemaskowaniu tajemniczych nazw kolejno: miesięcznica roczna (Lunaria annua), werbena pospolita (Verbena officinalis), niekropień właściwy (Adiantum capillus-veneris).

Wiele z sabatowych ziół przechodziło przez kolejne wieki w nowe odsłony swoich magicznych i niezwykłych historii, o których mówić można bez końca. Weźmy chociażby werbenę – w starożytności kojarzona z siłami boskimi i nadprzyrodzoną mocą. Dla egipskich kapłanów była ucieleśnieniem Isis, stąd nazwa „łzy Isis”; używano jej do rytuałów towarzyszących kultom rodziny i płodności. Podobnie Celtowie do każdego obrzędu stosowali werbenę, będącą oddechem bóstw. Ogromną siłę werbeny uznawali także Chińczycy, którzy w legendach opatrzyli ją nazwą „smoczego zęba”. Z kolei początki chrześcijaństwa wiążą się z przypisaniem werbenie roli „świętego zioła”, bowiem to podobno jej użyto by zatamować krwawienia z ran Jezusa Chrystusa.

Jeżeli czarownice były w rzeczywistości pierwszymi zielarkami, latanie na miotle skutkiem zażycia odpowiedniej dawki rośliny, tajemne mikstury, napary i trucizny niedopracowanymi lekami, to cała otaczająca nas rzeczywistość czerpiąca garściami z bogactwa natury jest czymś na pograniczu wiedzy i magii. Wszystko ma swoją wspaniałą historię, niezwykłe powiązania i zaskakujące działanie, nie tylko rośliny. Także zwierzęta i grzyby były towarzyszami wielu rytuałów i bohaterami kilku zabobonów, po dziś dzień przyprawiając o dreszczyk emocji i irracjonalny lęk.

Angelika Maria Gomolińska 
Biologia, studia doktoranckie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz